Pamiętam ten dzień, jakby był wczoraj, choć minęły już dwa lata. Kiedy zamykam oczy, moje ciało wciąż pamięta tę traumę.

Na wiadomość, że mam raka piersi, czekałam dokładnie sześć godzin na szpitalnym korytarzu ZCO w Szczecinie. W końcu jedna pani, która sama już przez to przeszła, zlitowała się nade mną i przepuściła mnie, mówiąc: „Pani Karolino, będzie pani żyć”.

A ja wtedy pomyślałam sobie: kobieto, co ty do mnie mówisz?!

I tak 29 października 2024 roku zaczął się w moim życiu rollercoaster.

W wieku 33 lat dowiedziałam się, że mogę umrzeć. Tak wtedy myślałam. Najpierw zaczęłam się mocno śmiać, a potem strasznie płakać. Powtarzałam tylko jedno zdanie: „Proszę mi odciąć pierś”.

Wychodząc z gabinetu, wszystkie dokumenty wypadły mi z rąk. Na każdym pieczątka: „Kon dilo”, „Kon dilo”… Dalej nic z tego nie rozumiałam.

Lekarz kazał mi iść do koordynatora pacjenta, a w tle słyszałam: „Boże, zobacz, taka młoda i ma raka”.

Trafiłam na anioła. Dosłownie. Pani Asia wszystko za mnie załatwiła.

Podeszłam do tego mocno zadaniowo. USG brzucha i piersi – cyk. Rezonans piersi – cyk. RTG płuc – cyk. Genetyka – cyk. Scyntygrafia – odhaczone.

Psychoonkolog, dietetyk, fizjoterapeuta… Miałam naprawdę dużo szczęścia, że w tym całym chaosie trafiłam na wspaniałych ludzi. Pomyślałam sobie, że to znak, że jest mi dane żyć, marzyć i planować.

SPRAWDŹ: OBJAWY ALARMOWE RAKA PIERSI

Karolina o życiu po diagnozie raka piersi

Operacja i najtrudniejsze czekanie

Największy stres przeżywałam przed konsylium. Miałam już swoją wizję leczenia i poprosiłam o mastektomię. Zaproponowano mi operację z jednoczasową rekonstrukcją, choć uprzedzono mnie, że jeśli pojawią się przerzuty do węzłów, nie obejdzie się bez radioterapii, a wtedy implant może pęknąć.

Zgodziłam się. Pomyślałam sobie: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!

Operacja odbyła się już pięć dni później. Mało czasu na zastanawianie się, ale może to i dobrze.

Zabieg przebiegł bez komplikacji i infekcji, których bardzo się obawiałam. Nie odczuwałam też bólu. Już następnego dnia zaczęłam ćwiczyć z kijkiem.

Oczekiwanie na wynik pooperacyjny było najgorszym czasem w moim życiu, bo wszystko mogło się zmienić na moją niekorzyść.

A potem dostałam największy prezent – brak przerzutów do węzłów i brak pozostałego raka inwazyjnego. Obyło się bez chemioterapii i radioterapii, choć czekała mnie ciężka, pięcioletnia hormonoterapia, którą kontynuuję do dziś.

To nie jest łatwe leczenie, ale głowa odgrywa tutaj kluczową rolę.

Nie bałam się skorzystać z pomocy psychoonkologa. Zaakceptowałam chorobę i przeżyłam swoją żałobę po zdrowiu. Nie uciekam od tego wszystkiego, bo wiem, że już zawsze będę pacjentką onkologiczną.

Ale przede wszystkim jestem kobietą, która kocha siebie taką, jaka jest. Z bliznami, dodatkowymi kilogramami i mgłą mózgową.

„Historie Pacjentów” – czekamy na Wasze wiadomości

FizjoKarolka: Pomagać innym, pamiętać o sobie

Będąc wśród wspaniałych, silnych i walecznych kobiet, poczułam, że właśnie tutaj jest moje miejsce. To wtedy zrozumiałam, że chcę pomagać innym kobietom przechodzić przez tę trudną drogę. Dlatego się przebranżowiłam – z fizjoterapii ortopedycznej przeszłam do fizjoterapii onkologicznej. Dziś wiem, że jestem w tym dobra, że to ma sens i że robię coś naprawdę ważnego.

A ja nadal idę po swoje – chcę bardziej, mocniej i więcej.

Zmieniłam swoje podejście do życia. Już nie ratuję każdego. Ratuję siebie.

Mój nowotwór został zdiagnozowany na wczesnym etapie. Wiecie dlaczego? Dlatego że się badam. Dlatego, dziewczyny, naprawdę się badajcie! Rak piersi dotyka również młode kobiety.

Dbajcie o siebie i swoje zdrowie. Zdrówka dla Was!

Wasza FizjoKarolka

ZOBACZ INNE: HISTORIE PACJENTÓW