Poniższy felieton pochodzi z bloga www.turystykaizdrowie.wordpress.com prowadzonego przez Pana Mirosława Sznajdera, który w latach 2012 i 2013 przeszedł ciężką chorobę – nowotwór złośliwy migdałka prawego.

Blog „Życie zaczyna się po chorobie” to lektura skierowana nie tylko do tych osób, które już wiedzą o swojej chorobie. To także poradnik dla ich bliskich. Najbliżsi także muszą wiedzieć jak postępować, co doradzać walczącemu. Używając odniesienia do sportu przypomnę, że kibice uważani są za dodatkowego zawodnika – mówi Mirosław Sznajder.

Mirosław Sznajder, życie zaczyna się po chorobie

foto: Mirosław Sznajder, autor bloga www.turystykaizdrowie.wordpress.com/category/zdrowie/

W dyskusji na temat nowotworów często pojawia się słowo epidemia. To, że powiększa się liczba zachorowań i zgonów z ich powodu, wie niemal każdy. Potwierdza to ilość chorych wśród członków rodziny czy w gronie znajomych. W ostatnich latach obserwuje się nie tylko wzmożoną zachorowalność na nowotwory, w parze z nimi idą inne choroby cywilizacyjne, również będące efektem stresu i błędów żywieniowych. Choć statystyki mówiące o tym, które ciężkie choroby są najczęstszym powodem śmierci, nie lokują nowotworów na najwyższym miejscu, to w odczuciu ogromnej rzeszy ludzi jest on jednak największym „zabójcą”. Wyżej lokują się te związane z niedokrwieniem serca oraz udary mózgu. Dopiero po nich są nowotwory płuc i górnych dróg oddechowych. Inne rodzaje są w statystykach jeszcze niżej.

Zgonów, tych szybkich, po usłyszeniu diagnozy lekarskiej może być dużo mniej, gdy zmieni się poziom świadomości na temat przebiegu i możliwości skutecznego leczenia nowotworów. Pragnę, żeby moje felietony choć odrobinę zmieniły sposób myślenia o tej chorobie. Zaczynam pisać je cztery lata od usłyszenia „wyroku”, który jednak nie został wykonany oraz trzy lata od zakończenia leczenia. Wcześniej do tematu choroby nie było łatwo powracać, a tym bardziej pisać. W tym czasie „zabrała” kilku znajomych. Niektórych bardzo, bardzo szybko. Starałem się w rozmowach z członkami rodziny i przyjaciółmi zmarłych dociec, co spowodowało, że przegrali. Mam na ten temat wyrobione zdanie. Nie będę jednak nawiązywał do poszczególnych przypadków. Swoje spostrzeżenia i wnioski zawrę w radach, które pojawią się w kolejnych felietonach. Dodam, że starałem się nie popełniać tych samych błędów.

Świadomy jestem tego, że nie jest łatwo zbudować w społeczeństwie innego sposobu myślenia o tej, ale i innych chorobach. Niech to będzie przysłowiowa cegiełka w murze. Może ktoś inny, po przeczytaniu mojej historii walki, też znajdzie w sobie siłę, odwagę, by podzielić się doświadczeniami i napisze wspomnienia pełne mądrych rad. Może zrobi to lepiej niż ja, używając bardziej zrozumiałego języka a jego praca odniesie większy skutek?

Ogromny lęk przed nowotworem jest w ludziach uzasadniony. Jak już wspomniałem, społeczeństwo widzi w nim największego zabójcę. W przypadku większości chorób, ich pojawienie się poprzedzone jest różnymi sygnałami: bólem, spadkiem witalności i wagi ciała, nudnościami, kaszlem, słabnięciem, pogorszeniem wyglądu twarzy, itp. To powoduje, że stajemy się czujni, zmobilizowani, udajemy do lekarza i dzięki temu można we wczesnych stadiach podejmować skuteczne leczenie. Postęp w medycynie sprawił, że można ustabilizować stan zdrowia pacjenta lub całkowicie wyleczyć chorobę. Natomiast nowotwór bardzo często „przychodzi w kapciach”. Człowiek czuje się fantastycznie, pracuje, cieszy życiem, planuje przyszłość, aż tu nagle okazuje się, że jest, a przy tym już tak mocno zaawansowany, iż walka wydaje się trudna, na pewno bardzo długa. Wiele osób, które nowotwór sobie „wybrał”, z powodu tej jego „podstępności”, nie jest przygotowanych na natychmiastowe rozpoczęcie ciężkiego i długiego leczenia. Po usłyszeniu diagnozy wpadają w panikę, a w ich głowach powstaje myśl, że to już koniec. Niepotrzebnie! Z takim sposobem myślenia trzeba walczyć, eliminować go i po to właśnie jest ta moja praca.

O tym, że nowotwór „przychodzi w kapciach” sam wiem najlepiej. Przez trzydzieści lat poprzedzających diagnozę nie brałem żadnych pigułek, sporadycznie miewałem kaszel, katar, ból głowy, gardła czy podwyższoną temperaturę. Mówiąc precyzyjnie, w jednym roku mogły wystąpić trzy lub cztery dni z takimi dolegliwościami, ale nigdy nie były to cięższe stany. Żyłem tak, jak większość ludzi. Nie paliłem, ale zdarzały się zakrapiane imprezy. Sypiałem dobrze i wystarczająco długo, byłem bardzo aktywny, dużo spacerowałem i uprawiałem sport. Jadałem regularnie, starałem się odżywiać zdrowo, włączałem do diety to, co zaleca się, żeby zapobiec chorobom: owoce i warzywa, w tym często cebulę i czosnek. Nie mam obciążenia genetycznego chorobą, pochodzę z bardzo żywotnej rodziny (jedna babcia dożyła 101 lat, druga 93). Aż tu nagle okazało się, że mam go i to w wersji złośliwej.

Kilkanaście godzin po tym, jak dowiedziałem się o chorobie zmarła moja mama (przyczyną nie była informacja o moim zdrowiu). Dwie, tak bardzo trudne do ułożenia w głowie informacje, niemal w tym samym czasie, stanowiły ogromne obciążenie. W końcowej fazie przygotowań do pogrzebu, które spadły mimo choroby na moje barki, dostałem krwotoku z ust. Zostałem zabrany do szpitala. Lekarze mimo kilkudniowego pobytu i wielu badań nie mogli wskazać przyczyny, co spowodowało u mnie kolejny, duży niepokój. Ponadto okazało się, że w przypadku wykrytego u mnie raka, nieznane jest źródło pierwotne przerzutów, którego należało szukać, bez pewności czy to się uda. Miałem więc kolejny „bodziec” do załamania się. Żeby nie było za mało trudnych przeżyć, w czasie pobytu w szpitalu, gdzie zabrano mnie po krwotoku, błędnie zinterpretowano jedno z wykonanych badań i zasugerowano możliwość wystąpienia także nowotworu w okolicach płuc.

Przeszedłem dwie ciężkie, kilkugodzinne operacje oraz radioterapię (33 naświetlenia) połączoną z dwoma, czterodniowymi wlewami chemii (przez pierwsze dwa dni dwa rodzaje).

Podniosłem się!!! Odzyskałem sprawność fizyczną i wytrzymałość na poziomie nieco gorszym niż przed chorobą, ale… Mam doskonały apetyt i spokojny, kilkugodzinny sen. Dość często potrafię wygospodarować parę dni, które przeznaczam na podróże, w tym także bardzo dalekie. Napisałem książkę o życiu w moim mieście w latach 60. i 70. Jednym słowem, cieszę się pełnią życia i czuję szczęśliwy. Dla mnie życie zaczęło się po chorobie.

Psychicznie czuję się świetnie. Nie mam żalu do losu, że „obarczył” mnie ciężką chorobą. Jestem wręcz szczęśliwy, że mnie to spotkało. Dziękuję za chorobę, gdyż nauczyła mnie lepiej żyć. Inaczej patrzeć na świat, na ludzi. W inny sposób interpretować zdarzenia, na wiele rzeczy nie zwracać uwagi, bagatelizować je, gdyż tak naprawdę są mało ważne.

W trakcie leczenia nie zawsze spotykały mnie miłe sytuacje. Mam wiele zastrzeżeń do opieki lekarskiej i personelu szpitalnego. Nie „pielęgnuję” jednak w sercu żalu do kogokolwiek i całego systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Wierzę w lekarzy i zdobycze medycyny. Generalnie, nie zatruwam swojego umysłu złością do niczego i nikogo spotkanego w życiu, na swojej drodze.

O tym, w jaki sposób zbudowałem w sobie optymizm, jak odzyskiwałem siły, jak uzdrowiłem swoją duszę i ciało, a nawet je odmłodziłem, pragnę opowiedzieć. Mój przykład pokazuje, że każdy z nas może, w każdej chwili, dowiedzieć się o tym, iż u niego pojawił się ten problem. Warto być na tę chwilę przygotowanym.

Życie człowieka to największe dobro. Dlatego trzeba o nie walczyć, a jeżeli moje felietony pomogą komuś pokonać chorobę, będzie to dla mnie źródłem ogromnej radości.

więcej na: www.turystykaizdrowie.wordpress.com

 

ZOBACZ: HISTORIE INNYCH PACJENTÓW ONKOLOGICZNYCH